PIEKIELNIE DOBRA KUCHNIA

I bądź tu oryginalny. Co napisać o tym filmie? Cokolwiek to nie będzie, na pewno już było. Więc trudno – kit z oryginalnością. Zapraszam do recenzji najsmaczniejszego filmu tego roku :).


Na prywatnej liście czynności, które mnie odstresowują, gotowanie jest tuż za oglądaniem filmów. Wydawałoby się, że film o gotowaniu w moim przypadku jest najlepszym, co mogłoby mnie spotkać. Mimo to nie wybierałem się do kina z wielkimi nadziejami – jako główny zwrot akcji przewidywałem źle doprawiony sos, a wątek miłosny miał rozgrywać się nad smażonym łososiem. I mimo moich zdolności profetycznych, muszę przyznać, że banalne elementy zostały tu przesmacznie zaserwowane.

Pierwszym, co mnie uderzyło, była pełna sala kinowa, mimo tego, że film był już dwa tygodnie po premierze. Już wtedy pomyślałem, że może jednak się nie zawiodę i zacząłem oczekiwanie na danie główne.

BRADLEYJuż plakat i opis filmu sugerują nam, że jest to historia jednej postaci. Ugotowany jest polem do popisu dla Bradleya Coopera, który już wcześniej udowodnił, że doskonale radzi sobie z rolą aktora, który ma dźwigać cały film na swoich barkach (Limitless czy American Sniper). Każda scena bez Bradleya jest mało wciągająca. Ale wystarczy, że główny kucharz wraca na ekran i od razu każdy widz w pełni oddaje się fabule. Doskonale obrazuje to gra aktorska najważniejszych postaci drugoplanowych – Sienny Miller, Daniela Brühla, Omara Sy i Matthew Rhysa. W każdej scenie, w której tym aktorom partneruje Cooper, grają oni bardzo dobrze, są wyraziści. Niestety, z wyjątkiem jednej sceny Matthew Rhysa, wszystkie solowe sceny tych aktorów lub sceny, w których razem występują, ale bez Bradleya, są po prostu mdłe. Z tej czwórki najsłabiej na ekranie, w mojej opinii, radzi sobie Sienna Miller. Być może hołduje to stereotypowi, że to mężczyźni są lepszymi kucharzami, jednak nie można nie zauważyć, że w filmie, choć wątek miłosny dotyczy postaci granych przez Coopera i Miller, to więcej chemii jest między postaciami Coopera i Brühla.

OBSADAJęzyk francuski jest nie tylko językiem kochanków, ale także językiem kucharzy. W filmie płynnie przechodzimy z angielskiego na francuski – gdy tylko postacie mówią o uczuciach lub o daniach, przechodzą na płynny francuski. Można by powiedzieć, że angielski jest tu językiem roboczym, używanym w codziennych rozmowach, czy w poleceniach szefa, a francuski jest językiem poetyckim, używanym do opisywania piękna. A właśnie piękna w tym filmie mamy pod dostatkiem. Zaczynając od złamania stereotypu kucharza/kucharki, który jest gdzieś głęboko w naszej kulturze – nie mamy tu starszych pań kucharek i grubych szefów kuchni, kobiety w kuchni są piękne i młode, a panowie wysportowani i ze stylem. Poza tym, jak przystało na restaurację pretendującą do trzeciej gwiazdki Michelina, każdy wydawany talerz jest dziełem sztuki. I można się śmiać, że im droższa restauracja, tym mniejsze porcje, ale trzeba przyznać, że z chęcią zjadłoby się wszystko, co widzimy na talerzach. Z ekranu aż emanuje wielość barw, smaków i aromatów, co jest niepodważalnym plusem tego filmu. A przecież właśnie o to chodzi – żeby film o gotowaniu był filmem smacznym. A ten jest najsmaczniejszy.

Ugotowany ma tylko jeden wielki minus – nie można iść na niego głodnym. Nie popełnijcie mojego błędu 🙂 A ja idę coś ugotować…


Moja ocena : 7 / 10

Strona Ugotowanego na Filmweb

Tomas

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *