PANTA RHEI

Ryan Gosling jako Oficer K

Ryan Gosling jako Oficer K

Po czym poznać dobre kino? Jest wiele kwestii, jakie mogą na to wpłynąć. Gra aktorska, sposób prowadzenia kamery, scenariusz, wygląd bohaterów, muzyka. Uważam, że najważniejszą cechą wpływającą na wielkość filmu jest to, z jakimi uczuciami pozostawia cię po jego obejrzeniu, ale też jak na jak długo i jak wiele rzeczy z niego pamiętasz oraz to, jak często o nim myślisz po seansie, a w rezultacie – czy chcesz zobaczyć go ponownie.


Ostrzeżenie o spoilerach


Nie czekałem na Blade Runnera 2049. Nigdy nie byłem fanem cyberpunku, a pierwsza część, uznawana powszechnie za jeden z największych klasyków kina, strasznie mnie wynudziła. Na premierę sequela szedłem dla jego reżysera – Denisa Villeneuve’a, jednego z moich ulubionych twórców nowego pokolenia. Z kina wyszedłem pełen mieszanych uczuć – miałem świadomość tego, że bezapelacyjnie obejrzałem wizualne arcydzieło, nakręcone z ogromnym rozmachem, dla którego nie poskąpiono środków. Z drugiej jednak strony, zauważyłem kilka zgrzytów, które nie pozwalały mi zaakceptować tej produkcji. Było przeciętnie.

Ale jednak… Było coś w Blade Runnerze, co nie dawało mi spokoju. Cały czas zastanawiałem się czy może moje podejście do tego filmu nie było zbyt anty, czy już w momencie jego premiery zbytnio nie wierzyłem w jego sukces, mimo, że naprawdę obiektywnie mogłem sądzić, iż wyjdzie z tego coś świetnego. Szczerze mówiąc, przed premierą myślałem, że Villeneuve zrobi film równy Sicario, który uważany jest przez wielu za szokujący i fantastyczny, lecz dla mnie w kwestii fabularnej po prostu głupi i zupełnie nieprzemyślany.

Mijały kolejne tygodnie, a ja wciąż myślałem o Blade Runnerze. Mój pogląd zaczął się zmieniać, począwszy od nagminnego słuchania absolutnie wspaniałego i genialnego soundtracku, co ostatecznie zmieniło się w nałóg towarzyszący mi do dziś. I tak oto z filmu, który w pierwszej chwili wydał mi się średniakiem, przeistoczył się w mojej głowie w jeden z najlepszych obrazów 2017 roku.

Ryan Gosling jako Oficer K w Blade Runner 2049

O co w ogóle tu chodzi? Głównym bohaterem jest replikant K, grany przez Ryana Goslinga, policjant, zatrudniony na komisariacie w Los Angeles. Podobnie jak Rick Deckard (w tej roli Harrison Ford), jest łowcą androidów, mającym za zadanie likwidować jednostki zagrażające powszechnemu bezpieczeństwu. W trakcie przeszukania posesji należącej do uprzednio zlikwidowanego jednego z robotów starego typu znajduje pogrzebane kości kobiety zmarłej w trakcie porodu, która, jak szybko się okazało, również była androidem. Przełożoną K jest Porucznik Joshi (Robin Wright), pragnąca ukryć znalezisko w celu zapobieżenia powszechnej panice. Tajemnica nie pozostanie jednak na długo w ukryciu – szczątki zmarłej przejmie Niander Wallace (Jared Leto), producent replikantów mających za zadanie podbić inne planety. K zaczyna śledztwo mające rozwiązać całą sprawę, która, jak nietrudno się domyślić, poprowadzi go wprost do Ricka Deckarda. Mamy więc do czynienia z thrillerem sci-fi z domieszką kina detektywistycznego.

Wizja alternatywnej przyszłości przedstawiona przez Villeneuve’a wyraźnie różni się od tej, jaką 35 lat temu przedstawił nam Ridley Scott (nawiasem mówiąc, tak naprawdę nie wiadomo dziś jaka ona jest – mieliśmy tyle przeróbek, dokrętek i wersji, że nie wiem już co powinno być uważane za właściwe). W odróżnieniu od mrocznego obrazu, przepełnionego wszechobecnym brudem i ciemnymi pomieszczeniami, jesteśmy atakowani przez jasne barwy, biel, zaś fabuła przez większość czasu rozgrywa się w ciągu dnia. Ma się przez to wrażenie, jakby tereny Zachodniego Wybrzeża stały się nieco schludniejsze.

Blade Runner 2049 jest bezsprzecznie wizualnym cacuszkiem. W każdej minucie, ba! – nawet w każdej sekundzie doświadczamy wzrokowych wodotrysków. Urzekła mnie gra kolorów, sposób kadrowania i prowadzenia kamery. Absolutnie każde ujęcie nadaje się na plakat promujący film czy screenshot na tapetę pulpitu komputera. Scenografia jest absolutnie obłędna – nic nie stoi na swoim miejscu z przypadku, bo wszystko to zostało ustawione z ogromną starannością i pietyzmem. Każda ze scen rozwija obraz świata, a przez to, że dzieją się w różnych lokacjach, przedstawiają go one w delikatnie inny sposób. Jesteśmy przez to w stanie dostrzec jak bardzo rozwarstwiony jest obszar Kalifornii, zarówno pod względem krajobrazu, jak i standardu życia ludzi ją zamieszkujących. Wszystko to sprawia, że ta produkcja jest niesamowitą ucztą dla oczu, od której nie jesteśmy w stanie się oderwać. Wszystko w tym filmie płynie, prześlizgując się po ekranie z gracją.

Ryan Gosling i Ana de Armas

Jak już wspominałem, koloryt zdominowany został przez biel i wspomagające ją jasne barwy. Spotęgowane to zostało dodatkowo wielokrotną grą światła i cienia, w którym wiecznie skryty jest Wallace. Taki sposób kreacji świata wyraźnie podkreśla również początkowy brak jakichkolwiek uczuć i zupełne odczłowieczenie emocjonalne K – idealnie niezachwianego robota, którym nie jest w stanie poruszyć śmierć żadnej z unicestwionych przez niego istot. Jednocześnie, sposób przedstawienia bohatera w kamerze, zarówno w trakcie rozmowy z innymi postaciami, jak i w przypadkach, kiedy jest on sam, podkreśla nam wyraźnie doskwierające mu osamotnienie i brak wsparcia z jakiejkolwiek strony. Jedynym towarzyszem jego życia jest Joi (Ana de Armas), postać z hologramu, zaprogramowana, by uosabiać kochającą panią domu. Geniusz bije z sekwencji z jej udziałem – scena w deszczu, seksu czy wypadku na wysypisku śmieci. Majstersztyk.

Uwielbiam sceny dialogowe – ciągnące się, stateczne i dłużące, nakręcone jak najmniejszą ilością cięć i ujęć z różnych perspektyw. Patrząc na losy bohaterów czujemy się przez to nie tyle jak widz, lecz jak obserwator. Reżyser daje aktorom rozwinąć skrzydła i pokazać swoje umiejętności. Ryan Gosling świetnie gra twarzą, w której ukryte są emocje. Wyraźnie widać jego wewnętrzną przemianę, jaka następuje na przestrzeni całej produkcji i budzące się w nim ludzkie odruchy. Wiarygodnie zostały wykreowane także postaci Porucznik Joshi, ale też Luv (Sylvia Hoeks), androida wspierającego Wallece’a w dążeniach do stworzenia robota idealnego.

Harrison Ford i Ryan Gosling

W momencie, w którym wiemy, że na ekranie za chwilę zobaczymy Dekarda zmienia nam się również styl przedstawienia świata. Villeneuve rezygnuje bowiem z bladych barw, które zastąpione zostają przez wściekle pomarańczowe i jaskrawe, potęgujące narastające napięcie i zbliżający się finał historii. Podkreśla to też rozłam emocjonalny, jaki następuje w K i to, przez co przechodzi i co odczuwa – silne wzburzenie, gniew i strach, spotęgowane chęcią poznania prawdy o samym sobie i o swoim pochodzeniu.

Blade Runner skłania do rozważań nad tym, kim w zasadzie jest człowiek. Villeneuve, śladem Scotta, zadaje nam takie samo pytanie, co jego poprzednik – czy robot, zaprojektowany i stworzony na wzór oraz podobieństwo człowieka, mający wszczepione wspomnienia, zdolny do przeżywania faktycznych uczuć, bólu, a nawet mogący doprowadzić do prokreacji, godny jest tego, by być nazywanym człowiekiem? Na to każdy z nas musi odpowiedzieć sobie samemu.

Pomimo wszelkich moich zachwytów uważam, że kontynuacja Łowcy Androidów zdecydowanie nie jest filmem idealnym. Brak jest mi tutaj głębszego tła dla postaci granej przez Jareda Leto, którą postrzegam jako złą wyłącznie z samej zasady, choć ocena jej nikczemności jest bardzo sporna, bowiem napędzana chęcią supremacji ludzkiej na przestrzeni całego Kosmosu. Dodatkowo, film wyraźnie zwalnia po pojawieniu się na ekranie Harrisona Forda. W tym momencie na główny plan wysuwają się dialogi, które swoją łopatologią potrafią powalić. To jest cecha Villeneuve’a, który niestety zdaje się nie ufać widzowi i w każdym swoim filmie (szczególnie widać to w Nowym Początku), co najmniej dwukrotnie pokazuje nam istotną dla rozwoju sytuacji scenę, byśmy na pewno nie przeoczyli tego, co chciał nam przedstawić. Z jednej strony to dobrze, wszak nie jesteśmy pozostawieni bez dopowiedzeń, z drugiej jednak nie możemy sami snuć domysłów i zastanawiać się skąd taki, a nie inny obrót spraw czy pochodzenie bohaterów.

Nie zmienia to faktu, że Blade Runner 2049 jest absolutnym majstersztykiem, który za kilka lat jako jeden z nielicznych obrazów z obecnego okresu uważany będzie za klasyk kina. Takie filmy bez cienia wątpliwości należy określać mianem „dzieł”. Mam przy tym nadzieję, że Ridley Scott nie zrealizuje swojej wizji stworzenia trzeciej części opowiadającej o łowcach androidów – słowa te bezsprzecznie poprze każdy fan starych części Obcego.

Na koniec – muszę to napisać – Blade Runner 2049 jest moim zdaniem filmem zdecydowanie lepszym od swojego poprzednika. Dla fanów cyberpunku nastał dobry okres – Łowca Androidów żyje, premierę w ubiegły piątek miał netflixowy Altered Carbon, a za zakrętem czeka gra Cyberpunk 2077 od rodzimego studia CD PROJECT RED. Androidować, nie umierać.


Krzysiek


Moja ocena:



POD MIKROSKOPEM:

TytułBlade Runner 2049

Reżyseria: Denis Villeneuve

Scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green

Gatunek: science-fiction, thriller

W rolach głównych: Ryan Gosling (Oficer K), Harrison Ford (Rick Deckard), Jared Leto (Niander Wallace), Robin Wright (Porucznik Joshi), Ana de Armas (Joi)

Kraj produkcji: Stany Zjednoczone, Kanada, Wielka Brytania

Rok produkcji: 2017

Czas trwania: 2h 44min

Studia: Alcon Entertainment, Columbia Pictures, Scott Free Productions


Użyte w artykule zdjęcia stanowią oficjalne materiały promocyjne filmu Blade Runner 2049. Autorem wszelkich fotografii jest Stephen Vaughan. Źródło: Alcon Entertainment, LLC, wszelkie prawa zastrzeżone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *