MNIE NIE ZACHWYCA

Dziesięć lat. Tyle Marvelowi zajęło budowanie swojego filmowego uniwersum, by w końcu przejść do jego widowiskowego zakończenia. Po drodze mieliśmy kilka dużych wzlotów, ale też potężnych upadków. Nie będę silić się na wymienianie, ile w tym czasie było filmów oraz seriali – każdy czytał o tym już co najmniej kilkukrotnie.


Na premierę najnowszej części produkcji o superbohaterach szedłem podbudowany rewelacyjnymi recenzjami, które zgodnie twierdziły, że mamy przed sobą dzieło godne naszych czasów – najlepszą odsłonę filmów o Avengers, popisowe, świetnie zrealizowane, zagrane i podane do rozkoszowania się nim w każdej sekundzie. Przed seansem unikałem jednak opisu konkretnych scen, oglądając tylko jeden (pierwszy) trailer, który za wiele z fabuły nie zdradził. Mój optymizm pogłębiał fakt, że ostatnie propozycje Marvela były naprawdę świetnie wykonane, nie wyłączając z tego (sic!) nawet drugiego sezonu Jessicki Jones.

Nie jestem w stanie pojąć wszędobylskich zachwytów nad filmem braci Russo. Po raz kolejny bowiem film z Avengers okazał się najsłabszą z marvelowskich produkcji z komiksowymi postaciami na pierwszym planie. Dlaczego?

Już od pierwszych minut wiadomo było, że to, co zobaczymy na ekranie będzie rozdmuchane do granic możliwości. Najgorsze miało jednak nadejść…

Poraża mnie brak przemyślenia tego filmu, jego infantylność i wątki, które są śmiesznie patetyczne i kiepsko poprowadzone.Nie jestem w stanie kupić przedstawienia relacji Gamory z Thanosem, absolutnie trywialnej i w pełni przewidywalnej. Toporność, sztuczność w grze aktorskiej, brak chemii. Gamora z „najgroźniejszej kobiety we wszechświecie” zmienia się w naiwną dziecinkę, zupełnie tracącą rozum.

Film trwa „aż”, ale też „tylko” dwie i pół godziny. Moim zdaniem za mało miejsca poświęcono bohaterom, ich rozterkom oraz motywacjom. Przykładowo Iron Man, playboy, dandys, bogacz. Z drugiej strony jednak, obrońca Ziemi, bohater, osoba skłonna do najwyższych poświęceń. Tego drugiego aspektu absolutnie nie widać. Wiem to, bo znam tę postać, a nie dlatego, że tak została tutaj przedstawiona. JEDNO zdanie w trakcie filmu, o tym, że od kilku lat Tony Stark myśli tylko o Thanosie i o tym, jak obronić przed nim najbliższych, to zdecydowanie za mało. Ponadto, w filmie Kapitan Ameryka w ogóle nie istnieje – łącznie wypowiada może pięć zdań, absolutnie nic nie wnoszących do rozwoju akcji. Dalej, muszę wspomnieć o tym ponownie – wątek Thanosa, który został maksymalnie spłaszczony, przez co nie wiemy o nim absolutnie nic. Nie dotyczy to z resztą tylko jego, bo raz jeszcze – żaden z bohaterów nie dostaje wystarczającej ilości czasu.

I tak oto dochodzimy do jednej z dwóch największych wad tego filmu, będącego w gruncie rzeczy zlepkiem miernie złączonych ze sobą bijatyk, między którymi następują lekkie spowolnienia akcji, wypełniane przeciętnymi dialogami i (standardowo) utarczkami między bohaterami. Drugim elementem, z jakim nie mogłem się pogodzić, jest to, w jaki sposób pokazano dążenia Thanos swojego celu, którym jest zebranie wszystkich Kamieni Nieskończoności i pełna dominacja w Kosmosie. Nie chodzi tutaj oczywiście o środki same w sobie, ale łatwość, z jaką tego dokonuje. Wyglądało to tak, jakby Kamienie same wpadały mu w ręce, a on z radością podbierał je jak małe dziecko cukierki ze stoliczka w salonie, kiedy rodzice nie patrzą. Pomijając oczywiście fakt, że Thanos nie podbierałby tych cukierków, ale wziąłby wszystkie na raz, rozbijając stół w drzazgi i mordując rodziców, którzy jeszcze sami by się podstawili pod topór. Tak słabo to wygląda w tym filmie.

Wypada jednak powiedzieć o plusach. Na pierwszy plan wybija się absolutnie fantastyczna realizacja scen walki, będąca świetnie poprowadzoną, widowiskową i satysfakcjonującą – w skrócie, po prostu wybitną. Ponownie największą przyjemność czerpałem ze scen, w trakcie których mogliśmy podziwiać Spider-Mana, w którego rolę wciela się przesympatyczny, autentyczny i w pełni wiarygodny Tom Holland. Super obserwuje się Strażników Galaktyki, stanowiących fantastyczną ekipę osób będących w stanie oddać za siebie życie. Świetny, choć nieco za bardzo opryskliwy, jest też Thor. Pomimo złych rozwiązań fabularnych, Robert Downey Jr. raz jeszcze pokazał, że nie tyle gra Iron Mana, co nim jest. Szkoda tylko, że tych plusów było tak mało.

Kwestią gustu pozostaje to czy najnowsza część przygód Avengers spodoba się widzom. Jak na razie film odbierany jest rewelacyjnie. Nie wiem, może problem jest we mnie, może się przeliczyłem, może zbyt wiele od niego oczekiwałem – czegoś więcej niż kino superbohaterskie, czegoś więcej niż ekranizacji komiksu, poważnego traktowania widza, braku żenujących żarcików, które rozbawią kogoś, kto ma więcej niż 16 lat, większej pomysłowości, odejścia sztampy i zastosowania kreatywnych rozwiązań.


Krzysiek

P.S.

Tekst, choć napisany kilka dni po premierze kinowej, publikujemy dopiero dziś – przy okazji premiery Avengers: Wojny Bez Granic na DVD 🙂 – Tomas


Moja ocena:


POD MIKROSKOPEM:

Tytuł: Avengers: Wojna Bez Granic (oryg. Avengers: Infinity War)

Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo

Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely

Gatunek: akcja, sci-fi

W rolach głównych: Josh Brolin (Thanos), Robert Downey Jr. (Tony Stark; Iron Man), Chris Evans (Steve Rogers; Kapitan Ameryka), Chris Hemsworth (Thor), Zoe Saldana (Gamora)

Kraj produkcji: USA

Rok produkcji: 2018

Czas trwania: 2 h 29 min

Studia: Marvel Studios, Disney

Użyte w artykule zdjęcia stanowią oficjalne materiały promocyjne filmu Avengers: Wojna Bez Granic. Źródło: Marvel Studios, Disney.

Dodaj komentarz