FASSBENDER TAK, FILM NIE

Michael Fassbender jest genialny. Marion Cotillard jest genialna. Historia jest genialna. Szkoda, że wszystko razem genialne już nie jest.


Bardzo ciężko było mi ocenić ten film i przyznać mu kategorię na blogu. Eyes wide open czy eyes wide shut? Skoro shut, to czemu ocena wyższa niż w wielu innych filmach, którym przyznałem zaszczytniejszą kategorię? I tak myśląc, zrozumiałem, dlaczego mam takie problemy z Makbetem. Jest to jeden z bardziej chimerycznych i nierównych filmów, jakie kiedykolwiek oglądałem.

Każdy element pozytywny ma swoje negatywne odbicie na ekranie i odwrotnie – dla każdej nieudanej części można łatwo odnaleźć elementy wręcz wybitne. Ale po kolei.

Głównymi postaciami w filmie, zgodnie z szekspirowskim oryginałem, są Makbet i Lady Makbet, grani odpowiednio przez Michaela Fassbendera i Marion Cotillard (swoją drogą bardzo odważna decyzja, aby postacie szkockich szlachciców zagrali Niemiec i Francuzka). Każdy, kto choć trochę kinem się interesuje, zna tę dwójkę. Fassbender od lat wciela się w rolę Magneto w X-Menowskim uniwersum, a MARIONCotillard zagrała wartą zapamiętania rolę w genialnej Incepcji. Każda scena, w której ta para popisuje się solo swoimi umiejętnościami, jest majstersztykiem, Makbet jest genialny zarówno w walce, jak i opętany chorobą psychiczną. Lady Makbet w każdej scenie jest jakby nieobecna, oniryczna, ledwo świadoma, co się wokół niej dzieje, jednocześnie idealnie oddając na ekranie to, jak bardzo przytłoczyła ją świadomość, że stworzyła ze swojego męża potwora. I choć oboje są genialni, to sceny, w których występują razem są najgorszymi w filmie. Między Michaelem a Marion nie ma żadnej chemii, ich wspólne sceny wyglądają, jakby każde z nich grało oddzielnie, bez drugiej osoby, nawet scena sexu ich nie przybliża. Jedyne ujęcie, w którym ‚współgrają’, to te, w którym Makbet mówi do martwej Lady…

Ten brak chemii między głównymi bohaterami niepokoi mnie z jeszcze innego powodu. Michael i Marion mają zagrać wspólnie główne role w wyczekiwanej przeze mnie ekranizacji Assassin’s Creed. Jeżeli dołączymy do tego też to, że oba filmy mają tego samego reżysera, to naprawdę zaczynam się martwić o jakość wyczekiwanego przeze mnie filmu.

Justin Kurzel, reżyser, o którym mowa, nie ma na koncie żadnego filmu głośniejszego od Makbeta. Na jego podstawie mogę stwierdzić, że brakuje mu zmysłu, którym dysponuje np. Danny Boyle (dla przypomnienia, z nudnych scenariuszy 127 Godzin czy Steve’a Jobsa stworzył filmy naprawdę przyjemne w oglądaniu). Bazując na fantastycznej sztuce Szekspira, z której można by stworzyć dzieło, od którego nie można oderwać oczu, wyreżyserował film co prawda poprawny, z kilkoma fajnymi pomysłami, jednak ogólnie nudny.

Na plus reżysera działają praca kamery i klimat filmu. Jednak w tym przypadku to pochwała jak dla dyrygenta – plusy wypracowali scenografowie, twórcy zdjęć i muzyki, charakteryzatorzy i dźwiękowcy, a reżyserowi należą się pochwały za ogarnięcie całego bałaganu. Piękne szkockie krajobrazy i mądrze pokazane sceny walki nabierają wartości dzięki temu, że kamera była w ruchu, nie na statywach. Może operator nie biegał za akcją, jednak widać ruch kamery na ekranie, co bardzo ożywia obrazy. Pięknego obrazu dopełniają dźwięki, idealnie dobrana do filmu muzyka i genialna charakteryzacja postaci (choć w paru scenach miałem wrażenie, że postaci biegają w niezwykle teraz modnych, pikowanych kurtkach).

Niestety, reżyser na pewno nie spisał się w budowaniu postaci – mamy wrażenie, że bardzo szybko i bez powodu zmieniają oni swoje zachowania. Postaci są przerysowane, tak jak ich zapędy i zachowania. FASSNie jestem też do końca przekonany do mieszania filmu akcji z dramatem, przy jednoczesnym częstym stosowaniu stylu slow motion. Jakoś mi to wszystko nie współgra, choć trzeba przyznać, że właśnie ze względu na slow motion film ma niezwykle oniryczny charakter.

Na chwilę powrócę jeszcze do Fassbendera, dla którego sceny walki w Makbecie były chyba najlepszym przygotowaniem do odgrywania asasyna. Mam nadzieję, że w każdym filmie, w jakim będzie występował, będzie równie niesamowitą postacią jak tu, czy w Steve Jobs. Oby tylko nie musiał być zawsze najjaśniejszą częścią widowiska.

P.S. W pewnym momencie z ust Makbeta padają słowa „Thanks for that”, co wydało mi się niezwykle szekspirowskim zwrotem. Ale sprawdziłem i rzeczywiście, w angielskiej wersji dzieła Williama Shakespeare’a Makbet używa tych potocznych słów.


Moja ocena : 6 / 10

Strona Makbeta na Filmweb

Tomas

1 thought on “FASSBENDER TAK, FILM NIE

Dodaj komentarz