FANTASTYKA WE WSPÓŁCZESNOŚCI

Czego oczekujemy od filmu? To zależy od tego, jaki gatunek reprezentuje. Oglądając horror chcemy się bać, od science fiction oczekujemy futurystycznych gadżetów oraz niesztampowego podejścia do wizji przyszłości, kryminał ma pobudzić nasze szare komórki do działania, thriller ma cały czas trzymać w napięciu. A film akcji? Ma się w nim dziać – najlepiej dużo i cały czas coś innego, żeby nie popaść w rutynę. Bright zawiódł na całej linii.

Zazwyczaj jestem bardziej krytyczny niż światowa publiczność. Dotyczy to wszystkich filmów, jakie oglądam. Najprawdopodobniej jest to związane z wybitnymi produkcjami pokazującymi, że da się stworzyć arcydzieło nie posiadając wielomilionowego budżetu i pięciu gwiazd kina. Przykład? Skazani na Shawshank, Siedem Dusz, Zniewolony, czy Dwunastu Gniewnych Ludzi. Za każdym razem, zastanawiając się nad stosowną oceną, jaką chciałbym wystawić dopiero co obejrzanemu filmowi, z tyłu głowy mam te wybitne produkcje.

A co sądzę o Bright? Można zobaczyć, można zapomnieć, nie należy wychwalać. Dlaczego? Ponieważ mimo ciekawego przeniesienia świata fantastyki, który z niezrozumiałych dla mnie powodów prawie zawsze rozgrywa się w czasach odpowiadających średniowieczu, do współczesności, jest to film z koncertowo zmarnowanym potencjałem.

Pierwsza skaza, jaka rzuciła mi się w oczy, to rozlazły wstęp. Wiadomo, że wrzucając orków i elfy w XXI wiek należy dać widzowi chwilę na oswojenie się z tym i zrozumienie zasad kreowanego świata oraz poznanie historii głównych bohaterów, jednak w ciągu pierwszych 30 minut twórcom udała się tylko jedna rzecz – pokazali metropolię wielu ras. Długi dialog pomiędzy głównymi bohaterami jadącymi przez kolejne dzielnice Los Angeles miał mieć zapewne dwie role – być tłem dla ujęć miasta (jakkolwiek by to nie zabrzmiało) oraz przedstawić wydarzenia „przed filmem”. Moim zdaniem to się nie udało. Nie został napisany ciekawie, więc nie było w nim tzw. smaczków, przekazu podprogowego, czy czegokolwiek, co sprawiłoby, że byłby interesujący, ale jednocześnie sprawił, że skupiłem się na nim szukając „tego czegoś”, przez co zupełnie nie zwracałem uwagi na ujęcia miasta, które zostało zrobione bardzo dobrze.

W końcu wydarzenia ruszają z kopyta i co dalej? I tak naprawdę zaczyna się maraton, czyli uciekamy, strzelamy i znowu uciekamy aż do zakończenia filmu. Od jednego do drugiego budynku, od przeciwnika do przeciwnika. Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale akcja w którymkolwiek filmów z serii Szybcy i Wściekli jest dużo lepiej poprowadzona – z przyśpieszeniami i spowolnieniami idealnie się przeplatającymi. W Bright te elementy zostały uśrednione, przez co po pierwszym zrywie zacząłem się nudzić i nie przestałem do końca filmu. Uważam, że mając do dyspozycji tak niszowy temat, jakim jest wielorasowość we współczesności, można było wykreować naprawdę klimatyczny świat (w tym przypadku miasto), w którym każda lokacja stawia przed głównymi bohaterami zupełnie inne wyzwania. Muszę jednak przyznać, że bardzo pozytywnie zaskoczyłem się, gdy zauważyłem, że w końcu w realiach fantastyki to nie ludzie są przedstawieni jako dominująca rasa.

Aby uniknąć spojlerowania napiszę jedynie, że fabuła nie porywa. Główny bohater i jego przygłupi kompan uciekają przed tymi złymi, których są dwie walczące ze sobą grupy, więc każdy walczy z każdym, jednocześnie chroniąc niepozorną osobę, która jest w posiadaniu przedmiotu pożądania każdej z band. Jest to scenariusz filmu, który już gdzieś kiedyś widzieliśmy, ale nie możemy sobie przypomnieć tytułu, prawda?

Czy jesteście w stanie powiedzieć, jaka jest największa niekonsekwencja w filmach o Jamesie Bondzie przed erą Daniela Craiga? Moim zdaniem jest to fakt, że James Bond strzela raz i trafia, a gdy strzelają do niego, to choćby było tam dwudziestu wyszkolonych najemników z kałasznikowami, a Bond biegłby po nieosłoniętej platformie, nie trafią w niego, a w cieniutką barierkę. Tak, jest to scena z Golden Eye. Podobnie jest w Bright – horda meksykanów ginie w kilka sekund z rąk elfów, którzy minuty później nie są w stanie poradzić sobie z dwoma policjantami.

Podsumowując, Bright to film słaby, niedopracowany i ze zmarnowanym potencjałem. Aktorsko prezentuje się co najwyżej poprawnie, dlatego też nie będę wspominał o obsadzie. Czy warto go obejrzeć? Odradzam. Dwie godziny przeznaczone na film można spędzić przy dużo lepszej produkcji.


Moja ocena:


Bartosz

Dodaj komentarz