DŻUNGLA W PUDEŁKU

Jaki jest czasami powracający problem każdego człowieka? Sobotni wieczór, za oknem zimno i pada, zrobiłeś wszystko, co musiałeś, jesteś zmęczony po całym tygodniu pracy, nie chcesz nigdzie wychodzić i masz ochotę się zrelaksować oglądając lekki film, przy którym nie trzeba wysilać szarych komórek. Właśnie to spotkało mnie ubiegłego weekendu.

W takich przypadkach idealnie przydaje się Netflix, który najczęściej dzieli się ze mną kolejnymi odcinkami rewelacyjnych seriali ze swojej bazy. Rozsiadłem się więc z narzeczoną na kanapie, na stoliku obok postawiliśmy lekkie drinki, przykryliśmy się kocem (mimo protestów psów, które jeszcze chwilę wcześniej smacznie na nim spały) i zaczęliśmy przeglądanie biblioteki filmów Netflixa.

A z wybraniem odpowiedniego filmu mieliśmy nie lada problem – miało być lekko, więc odpadają thrillery, horrory, ambitne kino itp. Produkcja nie może być sprzed 2000 roku – wymóg mojej przyszłej żony. No i musi w nim grać jakiś dobry aktor. O dziwo nasz wybór padł na JumanjiRobinem Williamsem w roli głównej, mimo że ten film nie spełnia drugiego warunku. Niezależnie od tego byliśmy bardzo zadowoleni z wyboru.

Lekkość filmu? Wprost idealna. Nie jest to film ambitny i chyba nigdy nie aspirował do górnej półki kinematografii. Mogę wprost powiedzieć, że jest to produkcja bardzo przyjemna i w tej roli sprawdza się wprost idealnie. Akcja rozkręca się powoli – wręcz w ślimaczym tempie w porównaniu ze współczesnymi obrazami, więc można śmiało otworzyć paczkę chipsów bez ryzyka, że zagłuszy się jakiś istotny dialog.

Fabuła nie odbiega zbytnio od kanonu filmów przygodowych. Jak na rok 1995 jest przedstawiona w nowatorski sposób, ale nie powoduje problemów ze śledzeniem akcji nawet w przypadku chwilowej utraty koncentracji (w końcu obudzone wcześniej psy też chcą chipsa). Swoją drogą efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie i nie powodują uśmiechu politowania, jak np. w Johnnym MnemonicuKeanu Reevesem (oba te filmy powstały w tym samym roku, a ten drugi był nastawiony na widowiskowe sceny!). Wręcz standardowo, jak na familijne kino przygodowe, mamy dziecięcych głównych bohaterów oraz dorosłego, który im pomaga. W tym przypadku

równocześnie dzieci pomagają dorosłemu, a więc pomyślne rozwiązanie wciąż pojawiających się nowych problemów leży w interesie obu stron, a nawet postaci drugoplanowych.

W tym momencie chciałbym przejść do dość delikatnego tematu, którym jest Robin Williams. Dlaczego delikatnego? Ponieważ nigdy nie uważałem go za wybitnego aktora, zawsze odbierałem go raczej jako mocnego przeciętniaka – dobre miewał role, ale sam nigdy dobry nie był. Być może nie każdy się ze mną zgodzi, ale jestem gotów bronić swojego punktu widzenia. W Jumanji zagrał dokładnie tak, jak tego od niego oczekiwałem, czyli poprawnie. Dobrze zagrał sceny „stresujące”, wymagające szybkiego działania, we wszystkich pozostałych nie wyróżnił się niczym szczególnym, ale też nigdy niczego nie zepsuł.

Do pozostałych aktorów również nie mam zastrzeżeń, chociaż na duży plus muszę zaliczyć role dziecięce zagrane przez młodą Kirsten DunstBradleya Pierce’a. Sportretowane przez nich rodzeństwo Shepherdów jest naprawdę wyraziste i posiada solidnie zaakcentowane indywidualne cechy. Wprost rewelacyjnie zagrał David Alan Grier wcielający się w policjanta, którego spotyka nieszczęście za nieszczęściem poprzedzane przez kuriozalne wręcz przypadki dla bohatera spoza głównego nurtu wydarzeń. Nie dało się nie uśmiechnąć widząc jego reakcje na kolejne nieprawdopodobne sytuacje.

 

Finał Jumanji mnie zaskoczył. Spodziewałem się, że po skończeniu gry wszyscy bohaterowie wrócą do swojego życia, a Allan Parish (Robin Williams) postara się poukładać to, które mu pozostało, jednak… nie, postanowiłem, że wzorem Tomasa nie będę zdradzał fabuły. Mogę tylko powiedzieć, że końcówka filmu pozwala podnieść finałową ocenę o jedno oczko.

Na koniec mogę jedynie powiedzieć, że film idealnie spełnił swoje zadanie – wypełnił leniwy sobotni wieczór pozwalając spokojnie pójść spać bez roztrząsania tego, co się przed chwilą obejrzało. Następnego dnia nie wracałem myślą do niektórych scen, nie zastanawiałem się, co mogły oznaczać niektóre dialogi, jak to bywa w moim przypadku po seansie bardzo dobrych filmów. Pozostało jedynie wspomnienie ciepłego kocyka i przyjemnie spędzonej 1,5 godziny. Nie jest to film, który zapamiętam dokładnie, nie poruszył mną w najmniejszym stopniu, na pewno też do niego nie wrócę, więc tym bardziej nie zaliczę go do produkcji wybitnych – zasługuje więc na solidne 6/10.



Moja ocena:


BKKW

1 thought on “DŻUNGLA W PUDEŁKU

Dodaj komentarz