DANCE LIKE NOBODY’S WATCHING

O chorobie i śmierci można opowiadać bardzo różnie. Można tak jak w Witaj w klubie – bohatera nam trochę szkoda, trochę uważamy, że mu się należy, trochę go podziwiamy; widz jest głaskany, daje mu się dużo emocji, ale bardzo oszczędnie dozowanych.
Można też walnąć widza obuchem, powalić na ziemię i skopać. Można dać mu olbrzymią dawkę emocji, które ostatecznie okazują się negatywne. I właśnie to zrobił Bartosz Prokopowicz w Chemii.

Film zaskakuje mieszanką stylów. Od tragedii, przez komedie romantyczną do animacji. Dialogi, monologi, nieme sceny, nawet ścieżka dźwiękowa wykonywana na ekranie. Mimo tak dużej mieszanki, według mnie możemy podzielić ten film na 3 wyraźne części emocjonalne – część pozytywną, negatywną i „strefę buforową”.

LUBOS
Jesteś dorosły. Ku*wa….to nie znaczy wszechmogący.

Niestety, nawet w tym podziale widzimy pomieszanie. Film przedstawia pozytywne emocje wtedy, gdy bohaterowie są pogodzeni ze śmiercią. Wtedy, gdy podejmują walkę, „wojnę” o życie, film zaczyna przekazywać negatywne emocje. Jest jeszcze strefa buforowa, która rozdziela dwie pozostałe, miesza je i płynnie łączy. A po drodze podziwiamy krótkie animacje, które przypominają nam, że to film o rozwijającej się chorobie (szczególnie na początku łatwo jest o tym zapomnieć).

Ale czy ten zaskakujący mix był jedynym powodem, dla którego Chemia była najpopularniejszym polskim filmem ostatniego weekendu? (spójrz tu) Po obejrzeniu mówię zdecydowanie – NIE. W tym filmie jest o wiele, wiele więcej.

Muzyka – instrumentale bardzo dobrze budują nastrój, nie przeszkadzają w odbiorze obrazu. Za to piosenki… mamy tu stare hity, które w dziwny sposób dodają do filmu, w moim mniemaniu, myśl o przemijaniu – bohaterowie, młodzi ludzie, we współczesnym świecie, słuchają piosenek sprzed wielu lat, piosenek, których splendor dawno przeminął. Są też piosenki stworzone na potrzeby filmu – śpiewane przez „postaci” na ekranie. „Postaci”, bo tak naprawdę nie biorą żadnego udziału w akcji, główni bohaterowie ich nie zauważają, a tekst piosenki jest narracją dla wydarzeń. Od tych dwóch zasad mamy jeden wyjątek – i to jaki. Przyznam szczerze, że piosenka Hoziera nigdy mi się nie podobała, ale do tego filmu Take me to church pasuje wręcz idealnie. Próbkę macie w zwiastunie na dole.

Zdjęcia – Jeremi Prokopowicz, autor zdjęć, wykonał kawał dobrej roboty, widać, że pracował już przy większych projektach pod okiem specjalistów. Na pewno w uzyskaniu bardzo dobrego efektu końcowego znaczną rolę odegrało to, że reżyser, Bartosz Prokopowicz (bracia) też zajmuje się robieniem zdjęć. Wspólnymi siłami osiągnęli wręcz znakomite uchwycenie emocji na ekranie, widz bardzo często czeka na to, co jest tuż poza obiektywem, wypatruje tego, co nie pokazane – w tym przypadku to bardzo dobrze, bo w większości scen kamera za chwilę pokazuje dokładnie to, czego oczekujemy.

AKTORZY

W filmie przewija się sporo znanych twarzy, ale uwagę warto zwrócić na pary bohaterów pierwszo- i drugoplanowych. Agnieszka Żulewska jako Lena stanęła przed bardzo ciężkim zadaniem, z którego wywiązała się znakomicie. Widać, że naprawdę dla swojej roli się poświęciła. Na ekranie jest niezwykle szczera, chyba tylko Tomasz Schuchardt jako Benek wydaje się na ekranie prawdziwszy. Spotkałem się z opiniami, że jego gra jest nieprzekonująca, ale dla mnie wręcz na odwrót – idealnie oddał postawę człowieka, który jest gotowy podjąć prawidłową decyzję, choć tak naprawdę jeszcze do niej nie dorósł. Cała sytuacja przerasta graną przez niego postać, bo narzucił na siebie zadanie szlachetne, ale nie do wykonania, co znakomicie określił Panda (Eryk Lubos), ksiądz i brat Benka – spójrzcie na zdjęcie i cytat troszkę wyżej. Co do aktorów drugoplanowych (właśnie Eryk Lubos i Danuta Stenka), to o ile pochwały w kierunku filmowego Pandy jak najbardziej popieram, to nie rozumiem, czemu Danuta Stenka za swoją rolę jest aż tak chwalona. Owszem, rola dobrze zagrana, ale nie jakoś wybitnie i – przede wszystkim – granej przez nią Doktor Sowy jest w filmie naprawdę mało – i, moim zdaniem, nie powinno być więcej.

Chcę zdecydowanie sprzeciwić się jeszcze jednemu zarzutowi, jaki wobec tego filmu przeczytałem, jakoby film był odrealniony, nie opowiadał o rzeczywistości, o codziennym życiu. Moim zdaniem w żadnym momencie twórcy nie mieli takiego zamiaru. Chemia ma opowiadać o niezwykłości, a nie o codzienności. Chemia ma nam przybliżyć piękno miłości i trudy choroby, nie monotonność związku i żmudne oczekiwanie na śmierć. Chemia nie opowiada o całym związku Leny i Benka, tylko o najważniejszych, najpiękniejszych i najbardziej smutnych jego momentach. Do myślenia daje też to, że większość historii jest zaczerpnięta z życia Magdaleny Prokopowicz, zmarłej żony reżysera i założycielki fundacji „Rak ‚n roll’.

Po wyjściu z kina musiałem zastanowić się nad przekazem, czyli pozbierać się z ziemi i zacząć leczyć rany po obuchu i kopniakach. Wróciłem nocą pieszo do siebie. 6 kilometrów.



Moja ocena : 9 / 10


Strona Chemii na Filmweb


Tomas

3 thoughts on “DANCE LIKE NOBODY’S WATCHING

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *